Zapomniane gruzińskie sanatorium – Tskaltubo (Gruzja)

ze względu na obecnych mieszkańców sanatoriów przez moje impresje z tego miejsca wciąż przewijała się  myśl o konflikcie abchasko-gruzinskim, dlatego też by zobrazować te uczucia pozwoliłam sobie przeplatać moją historię z cytatami z książki Wojciecha Góreckiego “Abchazja”

Pośród ruin świetności ZSRR

Do Tskaltubo pierwszy raz trafiliśmy w marcu 2019 czystym przypadkiem. Z resztą jak do bardzo wielu wyjątkowych miejsc w Gruzji. To był nasz ostatni dzień przed wylotem, musieliśmy tylko dojechać z Mestii do Kutaisi na samolot powrotny. Szukaliśmy jakiejś ciekawej, alternatywnej atrakcji w pobliżu lotniska. W Chiaturze, miejscowości znanej z komunikacji miejskiej opartej na systemie sowieckich kolejek linowych, byliśmy już kilka lat wcześniej. Z niemałym lękiem przejechaliśmy się wszystkimi działającymi wtedy gondolkami, przez co przegapiliśmy ostatnią powrotną marszrutkę. Na szczęście Gruzja to kraj w którym najlepiej podróżuje się bez planu i na stopa do Kutaisi zabrała nas przemiła łotewska para. Jednak tym razem na cel wyprawy wybraliśmy Tskaltubo, osławione wśród fanów urbexu i eksplorowania opuszczonych budynków.

W roku 1920 Tskaltubo uzyskało status uzdrowiska i było chętnie odwiedzane m.in. przez Józefa Stalina, ale dopiero po jego śmierci przeżyło prawdziwy boom i stało się głównym ośrodkiem sanatoryjnym w Gruzji i całym ZSRR. Ze względu na prawo obowiązujące w Związku Radzieckim, każdy pracujący obywatel otrzymywał kupony na dwutygodniowe przymusowe “wakacje” w sanatorium, by podreperować zdrowie i móc ze zdwojoną siłą budować lepszą socjalistyczną przyszłość. W tamtym czasie miasto tętniło życiem. Każdego dnia witało nowych wczasowiczów przybywających w pociągach z Moskwy czy Petersburga. Funkcjonowało tu 19 luksusowych sanatoriów i 9 łaźni zlokalizowanych w Parku Zdrojowym w centrum miasta. Wszystko to odeszło w cień z momentem rozpadu ZSRR. Bez kuponu na pobyt w sanatorium, niewielu już tu zaglądało. A sytuacja pogorszyła się dodatkowo po wojnie abchasko-gruzińskiej.

Związek Radziecki przypominał dom, w który wmurowano system min z opóźnionym zapłonem. Totalitarny reżim trzymał wszystko w szachu, kiedy jednak zaczął słabnąć, ładunki uaktywniły się. Rozbiórce domu towarzyszyły wybuchy, eksplozje i tąpnięcia. Na Kaukazie detonatorem okazał się podział administracyjny. Wewnętrzne granice, które teraz często stawały się państwowymi, jedne narody przecinały na pół, inne oddzielały od ich historycznych prowincji, jeszcze inne – łączyły w ramach tej samej republiki z odwiecznym wrogiem. Twórcą podziału Kaukazu był Stalin, który sam był Kaukazczykiem i wiedział, jak skłócić górali, aby łatwiej nimi rządzić.

W wyniku wojny abchasko-gruzińskiej narody, które od wieków mieszały się i żyły obok siebie, musiały odseparować się i “wrócić do ojczyzny”. Oznaczało to, że Abchazowie mieszkający od pokoleń w Gruzji musieli przenieść się do państwa mniejszego niż województwo opolskie, a Gruzini z Abchazji poszukać nowego domu w głębi lądu. Wielu z nich ten dom znalazło w Tskaltubo. Tutaj w połowie lat ‘90 w starych hotelach zakwaterowanych zostało 6000 uchodźców z Abchazji. Rozwiązanie to miało być tymczasowe, pozwolić imigrantom na nowy start. Mieszkają tam już od ponad 20 lat. W sanatoryjnych murach dorasta kolejne pokolenie Gruzinów z Abchazji.

Wojna abchasko-gruzińska była też wojną domową, dzielącą dwa narody mieszkające na jednej ziemi. W takiej wojnie radość ze zwycięstwa miesza się z żalem po stracie sąsiada, kolegi z podwórka, znajomego z pracy. Zwycięzca zawsze będzie trochę przegranym.


Patchwork cegieł i tynków. Z daleka bryła hotelu nie budzi podejrzeń. Ot, zwykłe pokoje hotelowe, trochę zaniedbane i opuszczone. Dopiero, gdy podejdzie się bliżej widać wydobywający się ciemny dym z rury wystawionej przez okno. By powiększyć metraż mieszkania, lokatorzy zamurowali balkoniki hotelowe. I każdy miał na to swój oryginalny patent. Jedni skrupulatnie podocinali cegły układając je pomiędzy kamiennymi tralkami, inni obili balustradę deskami, a sąsiad dwa balkony dalej szarpnął się i całość zalał betonem. Typowa, zunifikowana architektura każdego z pokoi hotelowych stała się pustym naczyniem do którego każdy z mieszkańców wlał swoją wartość. Nasuwa mi to skojarzenia z filozofią metabolizmu w architekturze. Według niego architektura powinna składać się z trzech elementów: stałej konstrukcji – kręgosłupa, wypełnienia – modułowych elementów wymiennych i wolnej przestrzeni pozostawiającej pole do zagospodarowania i interpretacji przez następne pokolenia. Tak generacja wyzwolonych spod “Wielkiego Brata” Gruzinów zinterpretowała Tskaltubo. Jako nowy dom. Rozpadający się, ale własny.

Do Tskaltubo musieliśmy wrócić. Za pierwszym razem zobaczyliśmy raptem fragment miasta i jego historii. Kilkugodzinny pobyt nie wystarczył, by zaglądnąć w każdy zakamarek tego liczącego 17 tys. mieszkańców miasteczka. Nie starczył też by dostać się do wnętrza Sanatorium Iveria. Mieliśmy więc po co wracać. Mieliśmy też z czym wracać… Gdy już pospiesznym krokiem kierowaliśmy się do naszego wehikułu zaczepił nas starszy Gruzin. Słysząc naszą rozmowę, przywitał się mówiąc płynnie po polsku. Po standardowym wychwalaniu Przyjaźni Polsko-Gruzińskiej (wywołanej stanowiskiem Polski podczas agresji Rosji w 2008 roku) – okazało się, że spędził on trzy lata w bazach wojskowych na Pomorzu. Po powrocie na Kaukaz i wojnie domowej zamieszkał w Sanatorium Medea. Do opalania w piecu przenosił właśnie fragmenty zerwanego parkietu z drugiego skrzydła hotelu. Wypytujemy go o życie w Tskaltubo, o realacje z Abchazją i perspektywy dla mieszkańców sanatoriów. Macha tylko ręką. Stare dzieje. Jest dobrze jak jest.

Obok zrozumiałej po wojnie nieufności odkrywamy całe pokłady ignorancji, stereotypów, zwykłych bujd na resorach. Abchazowie wiedzą o Gruzinach niewiele, Gruzini o Abchazach jeszcze mniej. Ale jednym i drugim wydaje się, że wiedzą wszystko.

Do dwóch razy sztuka

25 lutego 2020 wyruszyliśmy z Tbilisi do Mestii. Droga ta jest długa i wyboista, a naszym przystankiem w połowie drogi miało być Tskaltubo. Wstępnie wybrane lokalizacje pod szarfę były dwie. Jedna – najbardziej obiecująca – w Hotelu Iveria, do którego nie udało nam się dostać rok wcześniej. Do samego końca nie wiedziałam czy tym razem będzie inaczej. Tuż za Kutaisi, około 30 min przed Tskaltubo zahaczyliśmy o nasz ulubiony gruziński Starbucks wśród hat z shawarmą. W 2016 roku była to jedna z pierwszych impresji po wyjściu z lotniska. Ciąg bud z fast-foodem i zbity z płyt wiórowych barak z logo zapożyczonym z popularnej amerykańskiej sieciówki otulony nazwą “Legends of Starbucks”. Wtedy stłoczeni w cztery osoby na tylnej kanapie przycisneliśmy nosy do szyby śmiejąc się w duchu. Nasze marzenie o wypiciu tam kawy spełniliśmy 3 tygodnie później dzięki przemiłej parze z Łotwy, która zabrała nas na stopa z Chiatury do Kutaisi. Z sentymentu lubimy tu zaglądać. Ale niestety od roku oczu nie cieszy już zielona syrenka tylko logo pozaklejane białą taśmą i nazwa “Legends of Star”. Czegoś tu brakuje. Zachód musiał się przyczepić do praw autorskich…


Sanatorium Iveria ogrodzone jest mieniącą się w świetle blachą falistą. Ocynkowane załamania łapią promienie słońca, oślepiając przyjezdnych. Gdzieś pomiędzy odbitymi promieniami dostrzegamy wyrwę. Lekkie odchylenie blachy. To na co liczyliśmy. Jak gdyby nigdy nic spacerujemy chodnikiem w kierunku dziury i wślizgujemy się przez nią na teren hotelu. Rozglądamy się w poszukiwaniu ochroniarza lub psa obronnego. W zeszłym roku to był czynnik, który kazał nam odpuścić ten obiekt. Nasłuchujemy – w odpowiedzi cisza. Nie widać nikogo na horyzoncie. Kierujemy się do szeroko otwartych drzwi do hallu głównego. I zaraz po wejściu naszym oczom ukazuje się charakterystyczne i tak dobrze znane okrągłe wycięcie w stropie przez które zaglądamy na piętro wyżej. Piękny niebieski kolor klatki schodowej, niosący skojarzenia z egzotyką. Kamienne tralki. Zieleń wyglądająca zza okien. Od razu wiedziałam, że to tu. Nie wiedziałam tylko jeszcze – jak?

Linę przerzuciliśmy przez jeden z biegów klatki schodowej, tak by szarfa zawisnęła nad schodami. Zielony materiał spływał kaskadowo po lastrykowych stopniach. Zaplątałam ręce i uwolniłam nogi, tak by móc zrobić kilka kroków w powietrzu. Nigdzie tak przyjemnie nie robiło mi się tej figury. Czułam się jak duch lecący nad schodami na wielki bankiet odbywający się piętro niżej. W pewnym momencie usłyszeliśmy poruszenie w jednym ze skrzydeł budynku. Wychyliłam się za winkiel, by skontrolować sytuację. Na końcu korytarza zobaczyłam psa. Jednego z tych dużych owczarków kaukaskich. Patrzyliśmy się na siebie intensywnie przez kilka sekund, aż odwrócił głowę i pospiesznie zniknął za rogiem. Dziwne dźwięki powracały jednak co chwile. Skrzypiące drzwi poruszane przez wiatr. Trzaskające okiennice. Z jednej strony dodawało to atmosfery niesamowitości, z drugiej towarzyszyło nam przez to ciągłe napięcie w powietrzu. Nieustający niepokój. Dreszczyk emocji.

Nie potrwał on jednak długo – czas w miasteczku mieliśmy bardzo ograniczony, by zdążyć dojechać do Swanetii przed zachodem Słońca. Kręte drogi dojazdowe do Mestii nie są najprzymniejsze do przemierzania po ciemku i w czasie śnieżycy. Przekonaliśmy się o tym rok wcześniej. Za to w Tskaltubo zostało jeszcze jedno miejsce do odwiedzenia z szarfą. Mam nadzieję, że będzie na mnie spokojnie czekało, aż znowu będziemy mogli bez problemu podróżować 😉

Pozostań z nami w kontakcie!

Opowiedz o tym:

Dodaj komentarz